Pani Anna Zalot
Pani Anna Zalot

Zapraszamy do przeczytania dwóch pięknych wspomnień Koleżanki Seniorki Anny Zalot, członkini naszej Oddziałowej Sekcji Emerytów i Rencistów ZNP, które publikujemy w roku Jej Jubileuszu - ukończenia STU LAT ŻYCIA - z najlepszymi życzeniami zdrowia i pomyślności. Plurimos annos, droga Koleżanko!

***

Na spotkaniu z młodzieżą
Na spotkaniu z młodzieżą

Wspomnienia Pani Profesor Anny Zalot na spotkaniu

z młodzieżą licealną z okazji swych setnych urodzin

 

Moje dzieciństwo było pogodne, mimo, że ojciec był na wojnie. Mama w tym czasie troskliwie opiekowała się córkami. Moje starsze siostry i ja czułyśmy się bezpieczne. Miałam sześć lat, gdy zostałam zapisana do I klasy szkoły podstawowej. Chodziłam codziennie po południu, bo młodsze klasy właśnie po południu miały lekcje w czerwonym budynku przy ogrodzie miejskim. Nie bałam się wracać późnym wieczorem, było spokojnie, chociaż tam gdzieś toczyła się wojna. Bałam się tylko jakiś bezpańskich psów. Zbiegałam szybko na Podwale do domu, gdzie obecnie mieszkam. W szkole, w pierwszej klasie było mi bardzo trudno pojąć alfabet. Litery małe, duże, litery pisane, drukowane. Wszystko to było dla mnie bardzo skomplikowane. Ale w drugim półroczu, gdy udało mi się z tymi problemami uporać i opanowałam biegle naukę alfabetu, to nie było dla mnie większej radości, jak czytanie książek i odtąd książka towarzyszyła mi już przez całe życie, dopóki wzrok pozwalał mi czytać (…) Były męskie i żeńskie oddziały. My dziewczynki pisałyśmy na tabliczkach - takich kamiennych, twardych - rysikiem. To były zupełnie inne czasy, inna epoka. Uczyłam się dobrze. Na koniec roku dostawałam świadectwa, a na nich jednakowe oceny z góry na dół, same dobre stopnie. W szkole pani bardzo często prosiła o wygłaszanie pamięciowo opanowanych tekstów, zarówno wierszy, jak i prozy. Do dzisiaj je pamiętam.

 Po zakończeniu siódmej klasy, zostały mi na pamiątkę różne książeczki na koniec roku dawane przez nauczyciela jako nagrodę za pomyślny wynik pracy uczniowskiej. Były to wiersze Marii Konopnickiej i wiersze Ignacego Krasickiego, a taką najbardziej przeze mnie lubianą książką, pierwszą objętościowo najszerszą była książka pt.„Serce Amicisa”. Po zakończeniu szkoły podstawowej w wieku trzynastu lat bardzo chciałam uczyć się dalej. Zdałam egzamin wstępny do gimnazjum tu w Brzozowie do czwartej klasy gimnazjalnej. Przyjmowano raczej chłopców, więc zostałam tylko hospitantką, tzn. mogłam tak jak moje inne koleżanki siedzieć w klasie, być obecną, słuchać wykładów profesora, jednak nie sprawdzano naszej obecności i nie byłyśmy pytane. Zaniechano jednak tej formy wkrótce i przeszłam na tak zwaną prywatystkę. Uczyłam się w domu i zdawałam egzaminy - półroczny i na końcu roku, przechodząc do nas. Uczennicą zostałam dopiero w klasie siódmej i ósmej gimnazjalnej. Wtedy po maturze już dostawało się granatowy beret i mundurek szkolny. Na berecie najczęściej dziewczęta miały wyhaftowane poziome kreseczki, srebrne do czwartej gimnazjalnej, później - złote. Chłopcy nosili kaszkiety.

 Po zdaniu matury w szkole średniej pomimo szczerych chęci nie mogłam kontynuować nauki ze względów finansowych. Trudno było również dostać pracę. Dopiero wówczas, gdy moje starsze siostry dostały pracę nauczycielską, pomogły mi wyjechać do Krakowa. Tam przez dwa lata byłam na studium pedagogicznym. Pani Profesor Popiel, nasza opiekunka, psycholog miała kontakt z różnymi domami, rodzinami w Polsce, które chciały uczyć dzieci prywatnie w domu. Ona zaproponowała

mi pracę prywatnego nauczyciela u książąt w Bałtowie w woj. świętokrzyskim lub w rodzinie wojskowej w Poznaniu. Wybrałam dom książęcy i tam przez trzy miesiące uczyłam dwie, grzeczne dziewczynki. 

(…) Następnie otrzymałam wezwanie z kuratorium lwowskiego, aby zgłosić się do pracy nauczyciela w mieście powiatowym Dolina. Tak trafiłam na wschód, gdzie miałam kontakt z polską młodzieżą – zdolną, lecz narażoną na szykany i represje. Wtedy właśnie zapisałam się do Związku Nauczycielstwa Polskiego, żeby jakoś wzmocnić tam nasze siły, skromne, ale bardzo przywiązane do pracy z polskimi dziećmi. Tam byłam niecały rok, bo zimą przed Wielkanocą zaczęło być niespokojnie. Na wakacje wróciłam do Brzozowa, a 1 września 1939 r. rozpoczęła się wojna. Wszystkie szkoły zostały zamknięte. W Brzozowie pierwszy raz zobaczyłam Niemców 8 września, kiedy wychodziliśmy z kościoła. Umundurowani wszyscy, przerażający był ich wygląd - ta siła zewnętrzna w porównaniu z naszymi żołnierzami – znacznie skromniej ubranymi. W czasie wojny zaproponowano mi, bym uczyła młodzież w trakcie tajnych kompletów. Oczywiście zgodziłam się i od tej pory zaczęły się spotkania z jednym lub czasami z dwoma uczniami. Przy bramce do ogrodu brat zamontował dzwonek i każdy, kto przychodził był oglądany przez okno. Młodzież uczyła się chętnie, czytała lektury, pisała zadania. Te zadania poprawiałam, omawialiśmy je później i to był właśnie sens i dla mnie i dla tej młodzieży. W każdym roku szkolnym egzaminy składała młodzież u jezuitów w kolegiacie. Tam odpowiednio były ustanowione tajne komórki, zespoły ojców, profesorów. Oni to kontrolowali wiadomości młodzieży, jeśli uznawali za wystarczające młodzież dostawała świadectwa. Również to tajne gimnazjum skończyła moja młodsza o jedenaście lat siostra. Zdawała ona maturę w Tarnobrzegu, gdzieś w pierwszej połowie lutego. Egzamin trwał trzy dni. Składał się z zadania z j. polskiego, matematyki i łaciny. Później także ustny egzamin i egzamin z religii, bo przed wojną był to przedmiot także maturalny. W tym samym roku na podstawie świadectwa maturalnego moja siostra została studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 Po zakończeniu wojny potrzeba było uczących na ziemiach zachodnich i ja właśnie tam wyjechałam. Miasto Głogówek było moim miejscem pracy i tam zetknęłam się z młodzieżą, która przyszła z Podola z rodzinami wysiedlonymi do nowych miejsc zamieszkania. Była to młodzież bardzo dobra, chcąca się uczyć, ale biednie ubrana i biednie wyglądająca. Młodzież obciążona przeżyciami rodzinnymi, historycznymi, tym co tam widziała na wschodzie, co sama przeżyła. (…) Później jeszcze pracowałam w Bielsku, a następnie ze względów rodzinnych przyjechałam do Brzozowa. Tutaj przez kilka lat pracowałam w liceum pedagogicznym, a następnie w liceum ogólnokształcącym.

Potem była emerytura i moje książki, które całe życie uwielbiałam czytać. Niestety ze względu na pogarszający się wzrok musiałam z czasem ograniczyć czytanie. Wiele czasu spędzałam wówczas w swoim ogródku, bo obcowanie z przyrodą jest dla człowieka ogromnie ważne. (…) Teraz patrząc wstecz na moje życie wiem jedno, że zawsze bardzo szanowałam młodych ludzi i nigdy nie przestałam wierzyć w ich siłę. Mam nadzieję, że i dzisiejsi młodzi nie zawiodą nadziei w nich pokładanych. Bo my starsi wierzymy, że wy będziecie budować tę naszą Polskę we właściwym kierunku dla dobra swojego i swojej rodziny oraz dla Polski, która wiele przeżyła, ale w dalszym ciągu potrafi być tą wielką, szczęśliwą Polską.

 

 (Tekst zaczerpnięto z miesięcznika Brzozowska Gazeta Powiatowa nr 6 z 2014 r. - http://www.powiatbrzozow.pl/download/mini/rok2014/123.pdf )

Niezwykła lekcja historii – wspomnienia Pani profesor Anny Zalot

 

            Mam możność powspominać dawne lata, dawne czasy. Nie tylko moje osobiste przeżycia, ale także tych ludzi, którzy tu pracowali, przypominać sobie to, co się tu działo i to, co działo się w naszym kraju. Dziesiątki lat dwudziestego wieku. Miałam cztery lata, gdy wrócił mój tato z pierwszej wojny światowej. Dwa lata później nowa wojna bolszewicka. Sześcioletnie dziecko - wiele już rozumiałam. Uczniowie tej szkoły także uczestniczyli w tej wojnie. I ponieśli śmierć, co jest stratą odnotowaną w kronice tej szkoły. W czasie obrony przed Bolszewikami zginął poeta Brzozowa, o którym niewiele się mówi. Kilka lat temu dyrektor technikum budowlanego telefonował do mnie, czy w moich zbiorkach znajdują się wiersze tego poety. Niestety - nie miałam w swoich zbiorkach tego poety, lecz w zbiorach historycznych znalazłam jeden wiersz. Pisał, że dla wolności ojczyzny będzie walczył. I tak jak pisał - z Legionem Piłsudskiego udał się na wojnę i zginął. Mieszkał w małym dworku obok cmentarza brzozowskiego po prawej stronie drogi wiodącej do Przysietnicy. Dzisiaj są tam juz zupełnie inne budynki, nie ma śladu tego co było. Nie wiem czy ktoś z zebranych pamięta nazwisko tego poety... no nie dziwię się, bo w tym momencie i ja to zapomniałam... (po chwili ktoś dodaje) Józef Mączka. Na ogół mało znany, ale piękny w swoim żołnierskim patriotycznym życiu. I żołnierski los go spotkał.

Gdy miałam lat sześć i trzy miesiące, zaczęłam szkołę podstawową. Przebiegała zwyczajnie, miło wspominam owe czasy, formowało się życie w Brzozowie. Zapełniały się ulice, tworzyły nowe budowle. Normalne życie. Skończyłam szkołę podstawową i chciałam się dalej uczyć. Lekarz szkolny, Pan doktor Szuba wydał oświadczenie na piśmie, że zdrowie pozwala mi uczyć się dalej, a więc w gimnazjum. Egzamin wstępny do gimnazjum z języka polskiego, później matematyka - duża grupa młodzieży, chętniej widziano chłopców, bo ta szkoła była przede wszystkim męska. W najstarszych klasach gimnazjum - kilka dziewczynek, a poza tym mężczyźni - widziano ich chętniej. Egzamin wstępny - temat pracy pisemnej: "Las w lecie". Właściwie to temat który wymagał trochę bystrej obserwacji no i właściwiej budowy zdań, ortografii. Ja miałam to szczęście, że Pani ze szkoły podstawowej radziła, żebyśmy się uczyły tych wierszy, które spotkamy, a podobają nam się. Ja właśnie taki umiałam i to mi bardzo pomogło, także napisałam zadanie jedno z lepszych.

"A co tu muszek brzęki,

a co tu jagód krasnych,

a co mchów tkanych w aksamity,

a co dzwoneczków jasnych....

Ja oczywiście rozbudowałam to, zdania poszerzyłam - wynik: dobry. Ustny egzamin - profesor Dydek ze Starej Wsi i profesor Gerdyczny z Dalekiego Wschodu przysłany tutaj, jeden z profesorów greko-katolickich, których tu było kilku. Za mojej bytności następowało mieszanie się ludności - nas na wschód, a stamtąd tutaj przysyłano profesorów. Dostałam temat przysłówek - poradziłam sobie: przykłady, omówienie i rozpoznanie w zdaniu. Zadanie matematyczne rozwiązałam. Zostałam więc uczennicą w gimnazjum czwartej klasy. Bo po siódmej klasie można było do czwartej gimnazjalnej, a jeśli egzamin wypadł słabo, to do trzeciej, względnie musiało się odejść. Byłam uczennicą. No i oczywiście z radością na berecie granatowym, który nosiło się obowiązkowo we wszystkie pory roku wyszyłam od czoła cztery srebrne kreski poziome. Każdy widział wtedy, że te dziewczynki są uczennicami takiej to właśnie klasy gimnazjum. Rok szkolny trwał od września do 29 czerwca - świętych Piotra i Pawła. Niestety uczyliśmy się w różnych punktach zupełnie nieprzystosowanych do lekcji w ogóle i do lekcji w szkole średniej tym bardziej. Najlepszy budynek - gimnazjalny budynek - jak się mówiło, był obok poczty. Tam on teraz także jeszcze jest, ale był dla klas najstarszych, natomiast młodsi wędrowali - dwie klasy w ratuszu, dwie sale szkolne w ratuszu, a jedna tutaj, gdzie ja się uczyłam, tutaj na wikarówce, czyli w parterowym, małym, starym domku znajdującym się na przeciwko poczty, obok apteki, na tym skwerku zielonym, przyległym do ogrodzenia kościelnego. Ponieważ lokata szkoły była właśnie taka, miejscowy rajca i były senator Biały w Brzozowie, zatroszczył się o budowę budynku dla gimnazjum, ładnego, dużego, umożliwiającego naukę młodzieży nie tylko z Brzozowa, ale i okolic. Z wiosek przychodziła większa ilość osób niżli z miasta. Wybudowano ten budynek w roku 1927 jesienią. W listopadzie, my uczniowie nosiliśmy pomoce naukowe. Chłopcy nosili mapy, tam właśnie z ratusza z tej wikarówki tutaj do szkoły. W budynku tym były bardzo duże sale, jasne korytarze, okna szerokie, przyjemnie przechodziło się przez tę bramę, dużą, witającą wszystkich uczniów. W czasie roku szkolnego mieliśmy wakacje, dwa tygodnie wokół Świąt Bożego Narodzenia i dwa tygodnie przy Wielkiej Nocy. Wolne także pierwszego i drugiego lutego - pierwszego urodziny Pana Prezydenta Ignacego Mościckiego, a drugiego święto Matki Boskiej Gromnicznej oraz wszystkie dni świąteczne uznane przez państwo, a oprócz tego narodowe: 3  maja i 11 listopada. W dniach rocznicowych zazwyczaj akademia, pan dyrektor przemawiał zawsze ze sceny, czyli jak się dawniej mówiło: w "Sokole". W czasie tych akademii zawsze było nastawienie patriotyczne, czuliśmy Ojczyznę. Widzieliśmy że jesteśmy w tej chwili po walkach, że jesteśmy wolni. Klasa gimnazjalna: ja i kilka innych dziewcząt nie zostałyśmy przyjęte w pełnych prawach uczennic. Byłyśmy hospitantkami, czyli mogłyśmy uczestniczyć w lekcjach, wyznaczono nam miejsce, ale nie zwracano na nas uwagi, nikt nie sprawdzał obecności, nie pytał. Później pisałyśmy egzamin półroczny ze wszystkich przedmiotów i końcoworoczny. Tak więc świadectwa otrzymywałyśmy dwa razy do roku. Później w klasie piątej i szóstej już byłam prywatystką. Dlaczego? Po prostu w szkole w tych czasach w różnych miejscach było za ciasno, a więc - praca w domu. Kontaktowałam się tylko czasem z koleżanką, która była uczennicą szkoły, bo chodziła do niej od pierwszej klasy i najczęściej były to dzieci urzędników, których jednak zawsze bardziej szanowano, dając większe przywileje. W domu uczyłam się w oparciu przede wszystkim o książki. Egzamin śródroczny i końcoworoczny - wynik był pozytywny. To już po piątej klasie. Klasa szósta, siódma... W siódmej klasie byłam już uczennicą, a w klasie ósmej z pełnymi prawami ucznia. To już sprawdzana obecność i pytania na lekcjach, jak to zwykle bywa. Bez egzaminów końcowych. Metody nauczania: przede wszystkim praca z książką. Na tablicy często zadanie matematyczne, profesor szybkim ruchem ręki pisał zadania, później ćwiczenia w domu. Pracowało się dużo w oparciu o książkę, podręcznik Kranza, gdzie na końcu były rozwiązania i cieszyło, kiedy udało nam się dotrzeć do takich samych rozwiązań pracy domowej...

Rozrywki, czy były dla młodzieży? Raczej nie, aczkolwiek w siódmej klasie gimnazjalnej, profesor, pan dyrektor - Mrozowski Michał, zaprosił wodzireja ze Lwowa, aby nauczył młodzież starszych klas tańczyć. Przyjechał młody, energiczny pan i uczył nas. Był to walc angielski, mazur, polka, najdłużej zeszło przy nauce jednego z walców. Było to przesuwanie się, podawanie ręki, ukłony. Taniec którego nie uprawiano powszechnie, widziano gdzieś na filmach, na włoskich salonach - panie w krynolinach, wachlarzach, strusich piórach. Myśmy tańczyli ten taniec na zakończenie kursu tańca. To był prawdziwy bal. W domu kultury, w dużej sali, oczywiście tylko z rodzicami, także grano profesorskie, dyżury, pod ścianami stoliki z piramidami pączków, róż karnawałowych i zabawa do trzeciej nad ranem zakończona mazurem. Nie wolno było uczniom znaleźć się poza szkołą po godzinie ósmej wieczorem, jedynie w miesiącu maju i czerwcu mogło się wracać o godzinie dziewiątej. Jeżeli był film i ktoś oglądał ten film w czasie nieco przedłużonym, do ósmej, były kłopoty wychowawcze. Sprowadzano rodziców, rozmawiano z nimi, groziła obniżka stopnia ze sprawowania i to było zawsze na świadectwie. Tak mijały te szkolne lata edukacji. Ósma klasa - zbliża się czas matury. Egzamin, który napawał lękiem, wiedziało się z poprzednich lat, także o cztery laty wyżej do tego gimnazjum chodziła moja siostra, więc wiem o ostrej klasyfikacji. Uczyliśmy się często po dwie osoby, byliśmy zawsze jacyś tacy niewyspani, uczyliśmy się najwięcej historii, kończyło się czytać lektury. Oprócz tych lektur programu, opracowywanych na lekcji, trzeba było w pracy domowej przerobić, że użyję tego określenia, lektury w liczbie znacznej - mniej więcej od dwudziestu do trzydziestu, wg własnego wyboru, powieści pisarzy polskich, francuskich, niemieckich, rosyjskich. Zestaw tych lektur mógł być zbiorem poezji, sztuka teatralna. Zestaw tych lektur dawało się do podania o dopuszczenie do egzaminu dojrzałości, które składało się gdzieś w lutym. Czasem ktoś z profesorów sięgnął do tego rejestru lektur, ale nie było to zjawiskiem częstym.

Zbliża się maj rok 1932. Matura w pierwszym tygodniu maja, pod koniec. W dniu matury widziało się młodych, był nas jeden oddział tylko - trzydzieści dwie osoby, bo w klasie siódmej gimnazjalnej - dwa oddziały. Była tak ostra klasyfikacja, że tylko jeden oddział właśnie w tej liczbie powstał. No więc szli do matury młodzi ludzie. Uroczyście. Dziewczęta jak zazwyczaj bywało - biała bluzka, granatowa spódnica i eleganccy chłopcy. Każdy z nich miał rulon papieru znormalizowany A4, po pięć, sześć arkuszy było także i na brudnopis. Wstępowało się do kościoła, całe miasto przeżywało ten dzień, obserwowało z daleka budynek. Pan woźny Chynał, legionista, odprawiał wszystkich od drzwi, tak że nic nie mogło się do wnętrza dostać ani nikt przyjść, poza gronem bezpośrednio zainteresowanym. Arkusze papieru po przyjściu oddawało się profesorom dyżurującym, przeglądali je, pieczętowali i oddawali młodzieży. Siedzieliśmy w ławkach, były drewniane, dłuższe, z otworami na kałamarz. Używało się tylko atramentu i pisano piórem. Nie było jeszcze długopisów. W ten sposób siedzieliśmy, że jeden uczeń w ławce na kraju. Jeśli w pierwszej ławce po lewej stronie, to w drugiej ławce po prawej. Tak że nie można sobie było podać życzliwie rąk kolegi z kolegą. Okna szczelnie zamknięte, niezależnie od pogody jaka była. W dzień mojej matury to właśnie przed południem burza, zaś po południu piękna, słoneczna, majowa pogoda. Pierwszy wchodził do sali przewodniczący komisji, pan dyrektor, dyżurujący profesorowie. Kopertę podaje jednemu i drugiemu z uczniów, dziewczyna czy chłopak, by stwierdzili nienaruszalność koperty, zalakowana koperta. Po otwarciu jej, czytał pan dyrektor tematy, profesor polonista pisze je na tablicy. Tematy mojej matury:

 1) Rozważ słowa J. Piłsudskiego: "Upaść może i naród wielki, zniszczeć może, tylko nikczemny."

 2) "Być pokonanym i nie upaść, to zwycięstwo. Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska."

 3) "Polacy Amerykanom, Amerykanie Polakom"

Pięć godzin pisania, zabierało się arkusze i czekaliśmy jakiś tydzień. I lista na drzwiach szkoły. Parami, czwórkami ustawieni ci, którzy zostali dopuszczeni do egzaminu ustnego. Niestety smutna to była lista. Na jeden oddział, trzydzieści dwie osoby, już z języka polskiego odpadło osiem osób. Lepiej poszły zadania w drugim i trzecim dniu. Matematyka i łacina. Na egzamin można było przynieść ekierkę, linijkę, kątomierz, cyrkiel, logarytmy. Na zadanie z łaciny nic nie można było przynieść. Matematycznego zadania już nie pamiętam, z łaciny: tłumaczenie listów Cycerona, a także tłumaczenie innych utworów i wierszy. Dlaczego na zadaniu z polskiego aż taki odpad? Za trudne były dla młodzieży te pytania. Tutaj trzeba było trochę znać psychologii, filozofii, zrozumieć ducha narodu, jakoś poprzeć to literaturą, która przecież całe życie towarzyszyła wydarzeniom z historii Polski. Niestety nie udało się. Ustne matury: tematy, jak zazwyczaj bywa, wybierało się samemu, chwila namysłu i wezwanie do odpowiedzi. Te tematy ustne, które ja miałam, wymagały znajomości lektur. I stąd moja odezwa i prośba - czytać dokładnie dzieła literackie! Nie skróty, nie jakieś treści, nie to co na bazarach można kupić. Tylko po prostu książkę dobrze przeczytać od początku do końca. Wtedy dobrze się utrwala myśl pisarza i osoby. W moich odpowiedziach były pytania dotyczące charakterystyki bohaterów literackich. Ja miałam Antygonę i Ismenę, później miałam z „Chłopów”, Jagusia, postaci niewieście, ale trzeba było znać powieść, żeby to przedstawić właściwie. Trzeciej w tej chwili już nie pamiętam, ale dotyczyła ona również dokładnej znajomości dzieła literackiego. Matematyczne zadanie: na tablicy profesor Korn podyktował a rozwiązanie nie na kartce, tylko już przy tablicy, trzeba było wykonywać. To udało mi się także zrobić, gdy stałam przy tablicy trzeba było się posłużyć którymś z kątomierzy. I łacina: tłumaczenie. Miałam tu najwięcej problemów, gdy odeszłam już po egzaminie na korytarz. Martwiła mnie dlatego, że zapomniałam sobie jedno słowo: viginti - nie mogłam przetłumaczyć tekstu, a ten egzamin wymagał tekstu. I pan dyrektor uczył wtedy przez jakiś czas łaciny, siedział obok. To tak się siedziało nie oficjalnie, nie za katedrą. Profesor siedział i zaraz w tej ławce obok uczeń. I wtedy mi kazano liczyć po łacinie od jednego. No to ja to bardzo szybko zrobiłam, jednak nie pozwolono mi doliczyć do dwudziestu. Właśnie viginti to była dwudziestka. Dyrektor pytał także z kultury Rzymian. Zainteresowany był literaturą antyczną, jeszcze tego, co wymagał od maturzysty, były zdania bezpośrednie. Z tego co losował przewodniczący komisji - pan dyrektor. To wszystko już było w porządku. Wyszłam na korytarz prawie płacząca, ale podeszła do mnie profesorka, żeby się nie martwić, bo przecież wszystko inne poszło dobrze. No i rzeczywiście - maturę zdałam. Po maturze smutno było z tego powodu, że wielu już pisemnej nie zdało. Ustna na ogół już wszystkim dobrze poszła. Czy myśmy się jakoś pożegnali? Nie. W szkole nie było studniówek, nie było dyskotek, osiemnastek. Nic z tego, kilka wieczorynek wcześniej były w czasie tych siedmiu lat i jedynie ten jeden bal w siódmej gimnazjalnej. A po maturze podano kiedy zgłosić się do kancelarii po odbiór świadectwa dojrzałości i dokumentów. Tylko ojciec jednego z kolegów, pan Więckowski, dentysta w mieście Brzozowie, miał syna, który zdał maturę, zaprosił na podwieczorek z lampką wina. To było nasze ostatnie spotkanie tutaj w szkole. Potem spotykaliśmy się jeszcze na zjazdach, organizował je kolega, który był kiedyś przewodniczącym klasy. Przez pierwsze dwa zjazdy przez dziesięć lat bywał także z nami dyrektor Mrozowski. Myśmy tam przypominali sobie, mówili o swoich losach, nieduża nas grupka była, bo w czasie wojny niektórzy koledzy zginęli, koleżanki Żydówki wyjechały, czy dostały się do niewoli lub wyjeżdżały do Rosji i tam ocaliły się. Jeden z kolegów - też żydowskiego pochodzenia - Trinczer, miał drogerię tu w Brzozowie, lecz wyjechał do Izraela i tam dobrze mu się powodziło. Poprosił właśnie tego kolegę Zbiegienia, organizatora naszych zjazdów, żeby odwiedził go. Oczywiście opłacił lot tam i z powrotem, pobyt tam. Na następnym naszym spotkaniu kolega Zbiegień opowiadał nam jaki to jest kraj Izrael. Przebogaty kraj, wspaniałe drogi, budowle, ogrody z tymi drzewami i wszędzie tam jakaś wojskowa musztra. Nie tylko obejmowała mężczyzn, ale także i dziewczęta ćwiczyły wg poleceń dowódców. Jakie później nasze losy to już o tym wspominać nie będę, natomiast przejdę ponownie do tego budynku naszego.

 

Rok 1939. Szkoły pozamykane. W tym budynku, który był piękny przed wojną, wysypywano tony zboża różnego rodzaju, które zabierano siłą rolnikom dla potrzeb wojsk. Ale jak Józef Piłsudski powiedział: "zginąć nie może naród  wielki tylko nikczemny." W szkole organizowano tajne, podziemne nauczanie. Sygnałami dotarło do nauczycieli i do uczniów, że mogą oni pracować, a uczniowie mogą się uczyć. Uczyliśmy się różnie, po dwóch, czasem kilku uczniów w miejscach ustalonych, zabezpieczonych odpowiednio, np. w moim rodzinnym domu, dokąd przychodzili moi przyjaciele, uczniowie, brat wmontował do furtki ogrodowej dzwonek, kto wchodził - wiedziało się, że należy w odpowiednim czasie schować książki, podręczniki. Podręczniki przedwojenne, program przedwojenny. Uczniowie egzamin końcoworoczny zdawali w kolegium jezuickim w Starej Wsi. Tam także zdawała moja młodsza  o jedenaście lat ode mnie siostra, która przeszła to nauczanie i skończyła klasę ósmą gimnazjalną. Wyznaczono dla nich maturę, już nie tutaj, tylko dla grup zainteresowanych w Tarnobrzegu. W lutym, pora zimowa, ogromne śniegi i mrozy. Odwiozłam siostrę saniami, otuloną szalami, chustami. Wszyscy tam przebywali i przygotowywali się, całość trwała do tygodnia czasu. Uczniowie którzy tam przebywali, ślubowali uroczyście, że nikomu nic o tym nie powiedzą. Po tygodniu przyjechałam. Maturę zdała, z tym dodatkowym obciążeniem, że była matura z religii. Tutaj nas ksiądz profesor pytał na lekcjach i z matury zwalniał. Tam zaś w Tarnobrzegu pytano. Nie jest tak łatwo zdać egzamin maturalny z religii. Pierwszą częścią, którą zdawało się z religii, była historia kościoła. Druga część to dogmatyka, natomiast trzecia - etyka. Następnie siostra ze świadectwem dojrzałości wróciła do domu. Rok później była studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mówię to dlatego, że matura tajnego nauczania była uznawana na uczelniach i przyjmowano młodzież bez egzaminów.

 

Co mogę dalej powiedzieć - przechodzę już na temat nieco inny - powojenne czasy. Wojna skończyła się i zaczęło rozwijać się i działać szkolnictwo. Ten budynek zaczął znowu pełnić swoją rolę. Przyjmował  młodzież i tutaj zaczęto rozwijać nowe typy szkół, np. liceum pedagogiczne, ekonomiczne, technikum budowlane, przybywała młodzież z okolicznych wiosek. Zaczęła znowu tętnić życiem szkoła. Tutaj chcę podkreślić pracę Polaków jeśli chodzi o oświatę. Troska dyrektorów szkół o poziom i wykształcenie młodych ludzi była niebywała. I ta szkoła miała szczęście zmieniając dyrektorów, jak to musi być z biegiem lat, co raz być piękniejszą, bogatszą w urządzenia nowoczesne. Nauka przecież poszła dalej. I nowe gabinety, środki multimedialne... No i widzicie młodzi - to właśnie jest wynik tej postawy obywatelskiej naszych profesorów, dyrektorów, naszego miasta. Ile zabiegów kosztował np. ten niedawny zjazd? Na pewno wiele przemyśleń, wiele rozmów, telefonów i zjazd, który zgromadził tutaj dawniej uczącą się tu młodzież. No i teraz widać ile jest tu zdobyczy sportu, ile jest w gabinetach nowych urządzeń, ile po prostu zmian korzystnych - wszystko wypiękniało i jest jeszcze bogatsze niż było, gdy tu chodziłam do ósmej gimnazjalnej, do tego budynku jeszcze w surowym stanie. I to jest zasługa Polaków, którzy umieli w chwilach trudnych podołać wymaganiom czasu i tworzyć dla tego kraju ile się da. Bo może upaść tylko kraj - jak określił Piłsudski - nikczemny.

 

A teraz do młodych: nieraz pytają się między sobą: patriotyzm - co to jest? Co to takiego? Kiedyś ta młodzież walczyła, narażała życie, ginęła w powstaniach, wiedziała co robić. To był patriotyzm - no a my? Co my teraz...? No i powiem wam, drodzy słuchacze, że chyba tak, jak to pisał Asnyk w wierszu, że nieście pochodnię. Czego? Wiedzy, oświaty, piękna języka. Tu się chciałam zatrzymać. Język, który teraz słyszę często, czy na ulicy, czy na placach zabaw, czy gdzieś między blokami, jest często tak zeszpecony, tak ubogi, taki nijaki... Tyle jest tam obcych wyrazów, niepotrzebnych. Po co? Przecież nasz język polski jest piękny. Słowacki w swoim dziele pisze: "Chodzi mi o to, aby język był giętki, powiedział wszystko co pomyśli głowa." „A czasem piękny jak aniołów mowa". Naprawdę ten język jest piękny, jego trzeba poszanować. To jest właśnie przejaw patriotyzmu - wasza chęć uczenia się, zaglądnięcia do słownika gdy nie wie się jak napisać. Przecież jest tyle słowników: frazeologiczny, etymologiczny, słowotwórczy, błędów językowych, ortograficzny. Tylko czasem się nie chce popatrzeć. Ale trzeba zdobyć się na siłę woli pisząc w domu. To jest też patriotyczna postawa. No, tutaj można by przytoczyć wiersz, prośbę by szli i nieśli pochodnię wiedzy, ale szanowali przeszłość historyczną. Tę, która godna jest szacunku i pokolenia starsze, które w patriotyczny sposób działały i dla siebie i dla przyszłych pokoleń. I winniście, kończy poeta, oddawać im cześć:

"Nie depczcie ołtarzy, bo sami macie doskonalsze wznieść,

na nich się jeszcze święty ogień żarzy i miłość ludzka stoi tam na straży.

I wy winniście im cześć."

Powtórzę mój apel: proszę czytać dzieła literackie - od początku do końca oryginalne dzieła. Zawsze można jakieś opracowania, uproszczenia, oceny, ale trzeba całe dzieło czytać. I język swój polski, narodowy język, jeśli będziecie się posługiwać pięknym językiem, będą was i inni naśladować. Właśnie ci, którym będzie zależało na was, a na pewno tacy będą. I to będzie taka wasza postawa patriotyczna - piękny nasz narodowy język. Dziękuję.

 

 

 (Wspomnienia zaczerpnęliśmy ze strony internetowej I LO w Brzozowie, szkoły, która jest kontynuatorką tej, o której wspomina Jubilatka, maturzystka  rocznika 1932: http://lobrzozow.edupage.org/news/?zac=140 )

              

           

Liczniki na strone

Strona z informatorem - kliknij zegar

Złota Odznaka ZNP
Złota Odznaka ZNP
Odznaka za 50 lat w ZNP
Odznaka za 50 lat w ZNP